Moja metamorfoza

Moja metamorfoza cz. I pączek rządzi

Udostępnij

Kilka lat temu postanowiłam, że pora podjąć ostrą walkę z nadwyżką kilogramów. Wcześniej próbowałam różnych sposobów na schudnięcie, ale nie wychodziło. Każda próba kończyła się fiaskiem, a wraz z nim przychodziło zniechęcenie.

Jak się zmotywować?

Historia, którą chcę Wam opowiedzieć wydarzyła się naprawdę, a jej początek ma miejsce w 2015 roku. Mam nadzieję, że dzięki niej poznamy się, zrozumiecie dlaczego zaczęłam tworzyć własną stronę i po co motywuję innych do działania. Jeśli jesteście ciekawi zapraszam do lektury, znudzonym – dziękuję za poświęcony mi czas. Zaczynamy.

Nigdy nie byłam chudym dzieckiem, ale apogeum swojego idealnego kształtu – czyli kuli osiągnęłam w 2015 roku. Pewnie ciekawi Was, co skłoniło mnie do pracy nad własnym ciałem. Co takiego się wydarzyło, że zdecydowałam się postawić swoje pierwsze kroki na siłowni – w miejscu zupełnie mi obcym, na myśl o którym miałam dreszcze.

Nie wiedziałam, co mogłabym tam robić, jak ćwiczyć, nie miałam też znajomych, którzy jakoś by mi pomogli. Nie miałam pojęcia o niczym, a siłownie kojarzyłam głównie z filmów i zdjęć w Internecie. Wyobraźcie sobie, co musiałam wtedy czuć… Z jednej strony byłam pełna zapału, żeby w końcu po wielu próbach odchudzania osiągnąć jakiś niewielki sukces, a z drugiej towarzyszyły mi obawy przed wyjściem do ludzi.

Z lewej strony sierpień 2014, z prawej styczeń 2021

Motywacja do odchudzania

Niestety zima się skończyła i odeszła, ale nie zabrała ze sobą mojej nadwyżki kilogramów. Wręcz przeciwnie wydawało mi się, że zanim nadeszła miałam ich mniej… No cóż zaczęłam przeglądać szafę i wiecie co, czapki były dobre, szaliki, torebki i niektóre buty, reszta pękała w szwach. I nawet dziwiłam się, że elastyczne bluzki kiedyś jakoś lepiej leżały na mnie – to pralka robi psikusy i nie tylko kradnie skarpetki, ale też zwęża ubrania…

Nie mogłam zmieścić się w swój ulubiony czerwony trencz! A podobno w czerwieni mi do twarzy! I tak stałam w kościele w czerwonym trenczu, który wyglądał jak z młodszej siostry, albo nawet córki i zaczęłam użalać się nad sobą. Nie żeby jakoś tak głośno, ale wiecie, no że laski będą stroić się w mini i trencze, a ja co najwyżej mogę turlając się od pokoju do pokoju pomarzyć o ładnej sylwetce, bo nie stać mnie na zdrowe jedzenie i siłownię.

Wiadomo – przecież trzeba jakoś wyglądać także na siłowni, kupić strój, odpowiednie obuwie, karnet a to kosztuje. Zawsze byłam aktywna sportowo więc pomyślałam, że może będę ćwiczyć z komputerem, a o diecie też sobie poszukam. Co ja nie dam rady? Ja?! No i nie dałam.   

W moim przypadku wszystkie działania kończyły się fiaskiem, zapętliłam się jak w błędnym kole. I to nie było tak, że się objadałam słodyczami czy coś. Próbowałam ruszać się przy filmikach instruktażowych, a wszystkie diety miałam opanowane do perfekcji. Teraz sobie myślę o tym, ile kasy i czasu kosztowało mnie, aby wziąć tyłek w garść i pójść do kogoś, kto ma o treningach i jedzeniu jakieś pojęcie.

Motywacja do ćwiczeń

Teraz łatwo o tym mówić, ale jeśli ktokolwiek z Was miał kiedyś problem z nadwagą wie, ile pracy nad sobą kosztuje wyzbycie się wstydu przed sobą i innymi. Skrępowanie przed spojrzeniami uniemożliwiało mi pójście na siłownię a jednocześnie powodowało pozostawanie bez ruchu, a to z kolei przyczyniało się do tego, że było mnie coraz więcej. I uwaga! Żeby rozwiać Wasze wątpliwości nie jadłam dużo, ja prawie nie jadłam wcale i jak się okazało był to jeden z moich grzechów głównych.

O ironio, a teraz słyszę „Och Boże Ty pewnie nic nie jesz, że tak schudłaś”, albo „Nie jesteś głodna?”, „Biedna, ma pewnie restrykcyjną dietę” – nie macie pojęcia jak bardzo nie lubię słowa „dieta”! Wcześniej gdy byłam grubsza spojrzenia ludzi mówiły mi: „Pewnie się obżera”, „Jedz mniej słodyczy”.

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jem dużo, ale też bardzo ciężko trenuję. Wcześniej jadłam niewiele, a centymetra w obwodzie nie wystarczało – równik to mało. Teraz pewnie zastanawiacie się cóż to za magiczny sposób na chudnięcie? Dieta 500 cal? Tabletki? Resekcja żołądka, a może codzienny seks?! Nic z tych rzeczy… No, może poza tym ostatnim 😉

Zaczęłam szukać treningów, które można wykonywać w domu i diet na moją kieszeń. Nie miałam pojęcia o tym, że trening oparty na przeskokach, skokach do przysiadu przy większej wadze może niekorzystnie wpływać na stawy. Kolejnym problemem była dieta.

“Być kobietą, być kobietą”

Wyobraź sobie, że idziesz do sklepu i okazuje się, że największy rozmiar to 42. Nie możesz modnie się ubrać. Na pewno sklep zmniejszył rozmiarówkę, bo przecież nie z moją sylwetką jest problem. Sfrustrowana idę dalej, może te rozciągliwe sukienki bawełniane – na wiosnę będą super! Ale jakieś takie krótkie w tym sezonie uszyli. Nie dzieje się tak z pewnością, że materiał idąc w szerokość traci na długości. W myślach cały czas przypomina się mój ulubiony czerwony trencz, którego nie mogę założyć, tzn. wejść wejdę, ale się nie zapnę.

I tu naszła mnie złota myśl, przecież potrzeba jest matką wynalazku, więc jeśli wchodzę w płaszczyk, ale nie zapnę się, może przeszyję guziki. Z nadzieją biegnę do szafy, patrzę podekscytowana i okazuje się, że przeszyłam w ubiegłym sezonie i nijak miejsca już nie ma. Ech, wykorzystałam chyba wszystkie sposoby, a tu nic, puchnę i puchnę – myślałam.

Jeśli nie mieliście nigdy problemów z wagą, możecie nie wiedzieć, ile ograniczeń powstaje w naszej głowie. Szczególnie gdy jest to głowa młodej kobiety. Czy wiecie ile trudu i poświęcenia wymaga decyzja, żeby jednak wyjść i zapisać się na siłownię? Najważniejsze to pozbyć się wymówek i przełamać wstyd, który tworzy bariery psychiczne.

Z uwagi na to, że historia jest długa postanowiłam podzielić ją i publikować w kilku częściach. Jeśli chcesz wiedzieć, co było dalej, zerknij do części drugiej metamorfozy.

Udostępnij

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *