POZNAJMY SIĘ

Kilka lat temu postanowiłam, że pora podjąć ostrą walkę z nadwyżką kilogramów. Wcześniej próbowałam różnych sposobów na schudnięcie, ale nie wychodziło. Każda próba kończyła się fiaskiem a wraz z nim przychodziło zniechęcenie.

Prywatnie – napisałam pracę doktorską i obroniłam tytuł doktora, pracuję osiem godzin na etacie, a później biegnę do kolejnej, po powrocie do domu pakuję plecak i uciekam na siłownię, od 2017 roku piszę blog. Wstaję wcześnie, zasypiam późno – szybko śpię. Lubię żyć intensywnie, nałogowo oglądać filmy, czytać a później gromadzić książki, robić zdjęcia, które zawsze są wycinkiem rzeczywistości i opowiadają jakąś historię, śmiać się i jak najwięcej ofiarować z siebie innym, bo uśmiech i radość drugiego człowieka daje mi wiatr w żagle.

Historia, którą chcę Wam opowiedzieć wydarzyła się naprawdę, a jej początek ma miejsce w 2015 roku. Mam nadzieję, że dzięki niej poznamy się, zrozumiecie dlaczego zaczęłam tworzyć własną stronę i po co motywuję innych do działania. Jeśli jesteście ciekawi zapraszam do lektury, znudzonym – dziękuję za poświęcony mi czas. Zaczynamy.

Opowiem Wam jak poradziłam sobie z kilogramami. Sytuacja ludzi z nadwagą jest naprawdę trudna i trzeba mieć mocną psychikę żeby to wszystko znieść. Mimo tego, że się uśmiechałam poczucie własnej wartości leżało, pewność siebie na nizinach, kompleksów mnóstwo, a perspektywy na zmianę żadne, bo odchudzanie nie wychodziło.

Znacie to uczucie? Ja poznałam je doskonale, bezradność, że to nie działa, że niby wszystko robię dobrze (przynajmniej tak mi się wydawało) a mijają tygodnie i nadal jestem sprint kulą, energiczną, ale wciąż kulą. Jeśli nie widzisz efektów tego, co robisz, z czasem odczuwasz bezsens.

Odkąd pamiętam zawsze byłam okrągła, bardziej niż rówieśnicy. A w naszej ciałocentrycznej kulturze sylwetka nie mieszcząca się w rozmiarze S czy M często spotyka się z odrzuceniem. Nie mówię już o podejściu innych osób, wzroku, śmiechu, głupich żartach, ale o ograniczeniach.

Męczy wykonanie prostych czynności, brak kondycji, ból stawów – mi dokuczały kolana, wysoki poziom tkanki tłuszczowej, brak wydolności, szybsze bicie serca. Zawstydzają spojrzenia innych ludzi, z ciuchami nie poszalejesz, bo kupujesz to, w co się mieścisz. Nawet zakup butów jest problematyczny, bo kozaki nie dopinają się w łydkach, a w szpilkach robi się na śródstopiu “bułeczka”. Założona na trening bokserka wygląda nieestetycznie, a legginsy podkreślają wałeczki i cellulit.

Część osób powie, że to próżne, bo wygląd nie jest najważniejszy. I ta część ma rację, jasne, ale co byśmy nie mówiły każda z nas chce czuć się kobieco i dobrze sama ze sobą. Żyjemy w kulturze ciałocentrycznej i niestety, ale nasz wygląd determinuje pewne reakcje społeczne, zachowania, decyzje, wybory. Według mnie atrakcyjniejsi mają łatwiej. Myślicie, że kobieta z nadwagą ma inne potrzeby i marzenia niż ta od urodzenia szczupła? Też pragnęłam czuć się piękna, akceptowana, atrakcyjna sama dla siebie. I można mówić, że trzeba się pokochać i akceptować. No pewnie, trzeba, ale czemu zazwyczaj mówią to osoby szczupłe?

Byłam okrągła nie dlatego, że się objadałam, nigdy moja sylwetka nie należała do szczupłych, a chciałam i starałam się żeby taka była. Ćwiczyłam w domu z płytami, diety z Internetów znałam na pamięć. W tym byłam naprawdę niezła! Jak się okazało większość robiłam źle. Podjęłam w końcu decyzję, że dosyć biadolenia i użalania się na swój los. Głęboko wierzyłam – i nadal kieruje się tą myślą – że jeśli bardzo czegoś pragniemy zdobędziemy to.

Kupiłam karnet na siłownię, zainteresowałam się dietetyką i treningami. Aktywność i zmiana nawyków żywieniowych sprawiły, że zaczęłam chudnąć. Na początku jest to proste, bo nowe bodźce powodują, że tkanka tłuszczowa zaczyna się spalać, później niestety zaczyna się walka o każdy kilogram. Nie mówię o wyniszczających głodówkach czy dietach cud. Mam na myśli zdrowe odżywianie, w którym pozwalamy sobie zarówno na czekoladę jak i pizzę.

I kiedy wpadłam w rytm ćwiczeń, uzależniłam się od aktywności fizycznej, kombinowanie z treningami stało się fascynujące, a moje ciało zaczęło się zmieniać miałam wypadek. Po roku ostrych treningów – 6-7 razy w tygodniu i odnalezieniu w sporcie swojej pasji spadłam ze schodów. Słuchajcie to trudno wytłumaczyć, ale mimo tego, że pisałam pracę doktorską, prowadziłam zajęcia dla studentów w ramach studiów doktoranckich i pracowałam na pełnym etacie, miałam siły i ochotę na to, aby po pracy dojeżdżać na siłownię, tam spędzić kilka godzin, po powrocie do domu gotować, pisać doktorat, przeczytać książkę i obejrzeć film. Miałam siłę i energię dzięki treningom, one wyzwalały we mnie najgłębiej ukryte pokłady witalności, a później spadłam ze schodów i straciłam przytomność.

Poprzestawiane kręgi szyjne, rozcięta głowa, kołnierz ortopedyczny, noga do szycia, nadgarstek w stabilizatorze, stłuczenia i urazy całego ciała. Niewiele pamiętam z tamtych dni: karetka, długie godziny spędzone w szpitalu, rehabilitacja i wizyty u lekarzy. Bardziej niż ból fizyczny dotkliwsza była myśl, że to koniec z treningami na dłuższy czas i że teraz będę zależna od życzliwości i pomocy innych, to trudne, bo staram się być samowystarczalna.

Ale przepracowałam to w sobie, pokonałam ból oraz słabości. Kiedy tylko poczułam się lepiej a siły zaczęły powoli wracać zaczęłam wstawać i chodzić, najpierw z laskami ortopedycznymi później sama. Wiedziałam, że to minie i że źle jest tylko przez chwilę, że nic za darmo więc muszę walczyć i się nie poddam, ja nigdy nie odpuszczam. Podniosłam się, zaczęłam wracać do zdrowia i bardzo ostrożnie do treningów. I wiecie, że to zrobiłam? Mimo tego, że obciążenie, z którym ćwiczyłam nie było tak duże jak przed upadkiem jednak dawało mi radość, zaczęłam wracać do formy, przekształciłam plan treningowy, korzystałam z rehabilitacji, a obrażenia goiły się. Później było ciągle lepiej. Wróciłam do walki z kilogramami, bo miałam cel, którego osiągnięcie zostało przerwane przez upadek.

Ćwiczę niemalże codziennie od ponad pięciu lat. Mimo wielu nieudanych prób schudłam, założyłam kanał na You Tube, gdzie pokazuję jak można ćwiczyć w domu, w mediach społecznościowych i na blogu publikuję wpisy motywacyjne i przepisy na smaczne i zdrowe posiłki. Cieszę się, kiedy zarażam innych energią, radością życia i swoim zamiłowaniem do sportu.

Nie jestem fitnesską a fitness nigdy mnie nie fascynował, to nie moja bajka, nie znam się na tym. Natomiast zamiłowanie do sportu z obciążeniem i zdrowego żywienia trwa. Korzystam z poradni dietetycznej, mam rozpisany plan żywieniowy, cały czas staram się jeść zdrowo, wybierać produkty mądrze, trenuję, podnoszę ciężary, dałam się namówić na biegi z przeszkodami, ścianki wspinaczkowe a ostatnio romansuję ze squashem. I choć jestem świadoma, że do mojej wymarzonej sylwetki jeszcze daleka i kręta droga pod górkę to cieszę się z tego, co już osiągnęłam.